W tym roku hiszpańska pogoda w głębi lądu była wyjątkowo kapryśna.
Sezon startowy rozpoczęłam 2 marca, na wyścigu UCI C1 w Saragossie (północ Hiszpani). Przywitał mnie deszcz i 4 °C. Dobrze, że na samym starcie nie padało. Zajęłam 8 m-ce na tej mega szybkiej i interwałowej trasie, w miejscu przypominającym kamieniołom.
16 marca wystartowałam w Candeleda, za Madrytem. trasa z widokiem na ośnieżone szczyty o wysokości 2000-2500 m. Jadąc w tą okolicę o tej porze roku nie można było spodziewać się upału. 8 °C, znowu deszcz, śliskie skały i sekcje błotne przypominające CX. Jechało mi się naprawdę fajnie. Zajęłam 5 m-ce.
23 marca – Sabiñánigo. Miasto położone w Hiszpańskich Pirenejach, wiec moje oczekiwania co do panującej temperatury nie były wygórowane. Jednak to, co zastałam na miejscu mnie przerosło. Gliniaste błoto, zaklejające napęd. Mój objazd trasy jednego okrążenia trwał godzinę. Koła zapychały się co kilkadziesiąt metrów. Podjęłam bardzo trudną decyzję – wracam do domu, bez ścigania… Ryzyko, że uszkodzę rower i zachoruję było zbyt wysokie.
6 kwietnia – Alpedrete, nieopodal Madrytu. Nawet ciepło, 14 °C, lekkie błoto i trasa, na której rok wcześniej wygrałam ten wyścig. Na pierwszym okrążeniu, w błotnej mazi, najeżdżam na ostry kamień i przebijam oponę… Niestety nie miałam kół zapasowych. Byłam skazana na powrót do domu.